Mateusz Juroszek, wiceprezes spółki Atal zauważa, że naszym rynkiem interesuje się też wiele firm zagranicznych – z Belgii, Francji i Izraela. – Chcą one rozpocząć inwestycje, korzystając z dobrej koniunktury. Ceny działek rosną, bo inwestorzy są skłonni płacić za nie więcej – mówi Mateusz Juroszek.
Najbardziej cenione są lokalizacje, które gwarantują deweloperom uzyskanie najwyższej marży. – Biznes deweloperski skupia się w Polsce głównie w pięciu największych ośrodkach, tj. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Trójmieście i Wrocławiu. Firmy są zainteresowane głównie działkami dobrze skomunikowanymi z centrami miast, w pobliżu obwodnic lub dróg szybkiego ruchu i planowanych stacji metra – wylicza wiceprezes Atala, podkreślając, że deweloperzy w kraju nigdy nie kupowali na zapas.
– Pojęcie „banku ziemi” zostało stworzone, by opisać sytuację związaną z kryzysem. W latach 2006-2008 wielu inwestorów kupiło działki drogo, po czym rynek się załamał. Uznano wtedy, że trzeba przeczekać złe czasy, a zakupione ziemie nazwano „bankiem ziemi” – wyjaśnia Mateusz Juroszek. – Grunty, na których prace nie są prowadzone, generują koszty, a zamrożone środki powodują jeszcze większe straty biznesowe. Od trzech lat, kiedy rynek deweloperski w Polsce wrócił do stanu równowagi, inwestorzy kupują tereny i szybko wprowadzają do sprzedaży zbudowane osiedla – dodaje.
Zwraca też uwagę, że czasem firmy kupują grunt, którego sytuacja prawna jest niejasna, a na jej wyjaśnienie potrzeba nawet kilku lat. – Taką ziemię kupuje się bardzo tanio z perspektywą dużych zysków – mówi wiceprezes spółki Atal.